niedziela, 8 kwietnia 2018

Witamy w rodzinie!

Cześć i czołem!
Mam nadzieję, że przeżyliście święta bez większych uszczerbek na żołądku, i że Śmigus nie był zbytnio mokry (co kto lubi, dla mnie to święto powinno być karane).

W ostatnim wpisie biadoliłam, że chciałabym dać upust swojej pasji i porządnie się wypisać (jak mój ulubiony długopis po 3 miesiącach). Jak to mówią: proś, a będzie ci dane. W sumie nie prosiłam jakoś szczególnie, ale los już gotował dla mnie niespodziankę.
Nie spodziewałam się, że Zajączek obdarzy mnie tak hojnym "geszenkiem" (Śląsk pozdrawia)...

Dum du du du du du dum





Serio, prędzej spodziewałabym się 5 z matematyki, niż nowej panny do kolekcji. Rodzicielka zagadnęła mnie, czy w minionym roku miałam w ogóle jakąś nową. Wiecie, że to jest dobre pytanie? Czas tak szybko leci, a ja chyba zapomniałam, że jesteśmy już w 2018 roku. Wracając do pytanka. Miałam. Jedną. W sumie to dwie. Nigdy nie wiem jak liczyć wspomniane kilka wpisów niżej syjamskie syreny. Mniejsza, jedna czy dwie. W porównaniu z poprzednimi latami, to bieda z nędzą. Ale nie ma co narzekać, trzeba się cieszyć.
Pierwsza lalka w tym roku, pierwsza lalka od dawna, pierwsza lalka po tzw. nieszczęsnym reboot'cie. COMBO
I w dodatku pierwszy model tej postaci w mojej kolekcji. Zapomniałam, że Twyla ma to do siebie, że nie grzeszy wzrostem, i już się zaczęłam oburzać, że Mattel nawet na objętości poskąpił. Zwracam honor.


Pudełko jakie jest, każdy widzi. Ładne nawet. Chciałabym nie zwalać wszystkiego na czas, jaki nie dane mi było macać nowe zdobycze, ale chyba nie potrafię. Tak więc myślę, że zachwycałabym się nawet szarym kartonem. Ale nie, nie, nie. Tutaj mamy kwiatki, mamy liście, mamy wszelaką inną roślinność. Czy to się może nie podobać?



Myślicie pewnie, że pierwsze na co zwróciłam uwagę, to twarz. Nic z tych rzeczy. Łapki kochani, łapki. I nie mówię tu o tych kurzych, wszak twarzyczka naszej lali jest w pełni sił witalnych. Jak już jesteśmy przy twarzy, też ładna. W porównaniu z wydaniami przed reboot'em (to słowo się jeszcze powtórzy pierdyliard razy) jest trochę ubogo, ale hello, zawsze mogło być gorzej. 
/w trakcie pisania przypomniało mi się, że najpierwsze (słowo daję, nie wiem jakie jeszcze wyrazy znajdę w moim słowniku) wydanie tej lalki miało świecące oczy, ale teraz to już tym bardziej nie ma co na to liczyć. A szkoda. 




Możemy oblukać lalkę z każdej strony. Nie ma to nic wspólnego z jakimś zboczeństwem, po prostu nie każdy chce kupić kota w worku (koty lepiej kupować w bardziej humanitarnym opakowaniu).



Cała kompania. Podoba mi się Toralei, nawet ociupinkę bardziej, niż moja Twyla.





Tu już nie da się ukryć, że Mattel skąpi. Pamiętam, że kiedyś nie było mowy o odklejeniu tych ozdobnych papierowych pierdołek z pudełka, a teraz? Tekturka wręcz sama odchodziła. A te wszystkie szarpania to tylko efekt mojej ekscytacji. Słowo.



Chyba największy majstersztyk w całej lalce. Kocham te skrzydełka całym sercem.








Mattel zaszczyt włożenia skrzydeł zostawił klientom.


Tło podobnie jak pudełko, ładne. Też słyszycie te wszystkie odgłosy z tej gęstwiny?


A teraz zdjęcia 18+. Hehehehe
Bardzo ciekawił mnie wygląd ciała po reboot'cie. Od pierwszych chwil, kiedy dorwałam ją w swoje łapska miałam mieszane uczucia.




Wydaje mi się, albo te wszystkie zawiasy mają jakąś inną konstrukcję? Różnica nie jest jakaś diametralna, aczkolwiek teraz to wszystko wygląda jakoś topornie i (o zgrozo) tanio. 





Z nogami to samo. Stawy były sztywne jak u jakiegoś umarlaka, zwłaszcza przy lewej nodze. Musiałam szczególnie uważać, bo znając moją delikatność, po 30 sekundach majstrowania zapewne w jednej ręce trzymałabym nogę, a w drugiej lalkę. Zapewne gwint z nogi zostałby w lalce.


Te dziury na skrzydła wyglądają trochę strasznie. Powiedzenie, że oczy trzeba mieć dookoła głowy nabiera nowego znaczenia. Oczy trzeba mieć wszędzie moi mili, nawet na plecach.



Do włosów nie przyczepiałam się na początku w ogóle, bo doświadczenie nauczyło mnie, że na fabrykę nie ma co liczyć. Kieruję się zatem dewizą, że ile pracy włożę w każdą głowę, tak dany czerep będzie się prezentować. Co ważniejsze, nie było żadnych oznak wyciekającego klejogluta. Chwała Bogu. Rotoowanie nie jest złe. Same włosy są dość specyficzne, spotkałam się z takimi u niewielu lalek. Wiecie, są takie lekkie, puchate. Gdzieś kiedyś przewinęła mi się fachowa nazwa takowych, ale kto by to spamiętał.
W momencie gdy piszę tego posta, włosy są już po myciu i wrzątkowaniu-taki mój standard dla każdej nowej lalki. Wrzątowanie dało tyle co nic, bo włosy przez swoją specyfikację dalej wiły się w jednym kierunku, więc postanowiłam zrobić loki. Jak to wyjdzie jestem sama ciekawa, efekty zobaczycie gdzieś po części opisowej.




Kolczyków brak, ale w sumie przy takiej burzy włosów i tak pozostałyby niezauważone. Wybaczam Mattelu.



Opaska. Na początku myślałam, że to jakieś uszy w stylu Ariany G, a tu jakiś robal. Tfu, ćma (dziękuję za pomoc wujku Google). Fajny myk, to sposób przytwierdzenia ozdoby. Jednak na potrzeby całego procesu upiększania włosów musiałam zniszczyć konstrukcję.



Nie lubię tego typu wiązań. Mam pewnie uraz z dzieciństwa, że późno nauczyłam się zaplatać supełki i inne kokardki.


Podoba mi się ten motyw. Kolorystyka też ładna. A tą siateczkę kojarzę z jakiejś innej lalki, ale za Chiny nie mogę sobie przypomnieć jakiej. Ktoś, coś?



Buty to coś, co niezmiennie zachwyca. Te wszystkie detale, nawet pomalowane na jedno kopyto zdecydowanie robią wrażenie.





No i moja miłość. Mattelu, za to cię kocham. Skrzydła są wykonane z twardej gumy, zawiasy są mocne. Nie będę się rozwodzić nad ich pięknem, bo zajęłoby mi to wieki.


Ja dalej mam wątpliwości, czy to aby na pewno ćma.

A teraz (to jest po 7 dniach od napisania całości wpisu) przyszedł czas na zapoznanie Was z efektem finalnym. Nie jest idealnie, wyszłam z wprawy w nawijaniu kłaków na słomki (dlatego tak to odkładałam), ale przynajmniej jest lepiej, niż na początku. Zresztą, oceńcie sami:















Pora na małe podsumowanie. Zanim zaczniemy zachwycać się nowym Mattelowskim tworem, przypomniało mi się jeszcze, że miałam napomknąć pewną śmieszną sytuację ze sklepu, w którym owa lala przebywała. Lalki były opisane jako straszyCIULKI. Był też podobno jakiś straszyCIULEK. Darujcie to moje specyficzne poczucie humoru. 
Wracając do lalki. Nie jest brzydka, a jak na dzieło po reboot'cie (czytaj: po torturach) prezentuje się naprawdę ładnie. Cieszę się, że dołączyła do mojej kolekcji, zawsze to jakiś powiew świeżości, a ten był już naprawdę konieczny.
Ach, wracając do samego wpisu. Review robiło mi się mega przyjemnie. Mam ich na swoim koncie niewiele i właściwie dopiero przy pisaniu tego posta dostrzegłam jak wielka jest to frajda. Jakbym dzieliła się z Wami każdym momentem euforii, za każdą zerwaną taśmą i przeciętym kartonem. Coś pięknego.
Zdjęcia pierwszy raz robiłam "Instagramowym" aparatem, bo fotki wychodzą z niego naprawdę ładne. Chyba przerzucę się na niego totalnie.


W końcu się wypisałam! Naprawdę cudowne uczucie. Dziękuję wszystkim, którzy jakimś cudem dotarli do tego momentu; brawa dla Was.
Do następnego wpisu!

14 komentarzy:

  1. Świetny wpis. Potworzyca, wbrew pozorom, wcale nie straszna, a urocza wręcz. Zdjęcia naprawdę fajne i duuuuuużo, co lubię najbardziej...
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Wow! Nie sądziłem że ta Twyla aż tak mi się spodoba, ostatnio i mnie naszła fala ogólnego niezadowolenia z rebootu ale co by nie było mają dużo bardzo ładnych lalek :) Co do ciałek, to tak, są nowe, ale co ciekawe nie są to takie same ciałka jak mają pierwsze lalki z rebootu... One też są ogólnie "grubsze" ale nie mają takich zawiasów, za to te nowe dłonie :o Strasznie mi się podobają. Fajny wpis i pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ogólnie fajnie, że ciałko nie jest luźne jak znoszone dresy w kroku, choć czasem bywa to kłopotliwe.
      Nie wiem, czy jakąkolwiek lalkę po reboot'cie pokocham taką miłością jak te przed, ale może akurat Mattel mnie jeszcze czymś zaskoczy :D

      Usuń
  3. Ja nadal będę stała po stronie 'nigdy nie wezmę do ręki lalki z rebootu', ale mimo mojego uparcia nie mogę się przestać zachwycać. Chyba najbardziej włosami - aż normalnie chce się je pomacać. Dobra recenzja nigdy nie jest zła i czyta się je zawsze bardzo miło, szczególnie u Ciebie. Twoje wpisy są jak pożerająca książka, zdanie po zdaniu, nie chce się kończyć czytać, a tu nagle klops, bo widać pożegnanie. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na początku byłam załamana efektem, ale postanowiłam schować perfekcję do kieszeni i w sumie ten baranek na głowie mi się podoba. Taka szalona Maria Antonina.
      Dziękuję bardzo za wszystkie miłe słowa <3

      Usuń
  4. Rzetelny opis, dużo informacji. :) Ciemka urocza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, zależało mi, by poruszyć wszystko co niezbędne, a przy okazji dodać też coś od siebie.

      Usuń
  5. Czy mi się wydaje, czy monsterki przytyły;)? I choć te lalki to raczej nie moja bajka, bardzo podobają mi się skrzydła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mam takie wrażenie! Czyli Mattel aż tak bardzo nie skąpi, a nawet wręcz przeciwnie :p

      Usuń
  6. Super lalka ! Ciałko ma totalnie jak lalki EAH te stawy są u nich takie mocne ! Te skrzydła wyglądają jak takie witraże :) Pozdrawiam ! :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Jest naprawdę śliczna. Podobają mi się loki jakie jej zrobiłaś. :)

    OdpowiedzUsuń