Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urodziny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urodziny. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 sierpnia 2018

18 lat minęło...

Czołem!

Powracam po kolejnej, o dziwo niezbyt długiej przerwie. Ostatni czas był dla mnie wyjątkowo ciężki, pierwszy raz musiałam pogodzić się z utratą bliskiej mi osoby. Powolutku dochodziłam do siebie i myślę, że jest już na tyle dobrze, bym mogła znowu wylewać tu swoje wypociny.


Dla wielu z Was dzisiejszy dzień jest dniem jak każdy inny, dla mnie jest on jednak wyjątkowy, a ja ową wyjątkowością chcę się z Wami podzielić. Bo podzielić się z kimś szczęściem, to tak jakby dodatkowo je pomnożyć (niedokładny cytat z jakiejś ostatnio przeczytanej książki). W dniu dzisiejszym stałam się pełnoprawną obywatelką naszej Rzeczpospolitej, tj. mam na karku 18 wiosen. Zleciało jak przysłowiowy jeden dzień, a nawet szybciej.

Z tej okazji zapraszam Was więc w krótki (myślicie, że 18 lat to serio dużo?), za to jakże sentymentalny powrót do przeszłości. Zebrałam do kupy cały swój życiorys, ze szczególnym uwzględnieniem... wszystkiego. Myślę, że tak będzie sprawiedliwie.

Pewnie niektórzy z Was pomyślą w tym momencie "na co to wszystko?". Jakby nie patrzeć to zachowuję się jakby moje wypociny czytała cała Polska i pół Rosji, a do tego jeszcze trochę brakuje. Wpis ten jednak ma być w głównej mierze pamiątką. Dla mnie samej. Swoistego rodzaju formą podziękowania. Niektórzy w pewnych jego momentach uśmiechną się na myśl, że to o nich w danym fragmencie jest mowa.
Nie przedłużając...

Rok 2000
Tu za dużo nie ma co opowiadać. Pojawiłam się na tym padole. 7 sierpnia, poniedziałek, godzina 10 (mniej więcej), mała mieścina w województwie opolskim. Podobno byłam najbardziej rozryczanym dzieckiem na sali. Patrzcie jak miałam tam u siebie ładnie:





Rok 2001
Oliwka ma już roczek! W sumie to wtedy zaczęła się moja przygoda z lalkami. Rodzicielka w nagrodę za przetrwanie całego roku sprawiła mi na moje pierwsze urodziny lalę większą ode mnie.Choć taka duża, to myślę, że sporo czasu zajęłoby mi wygrzebanie jej z czeluści mojego strychu, dlatego wybaczcie brak zdjęcia. A, ochrzciłam (czy raczej moja rodzicielka) ją Agata.

Rok 2002
Z tego roku nie przypominam sobie absolutnie nic, prawdopodobnie jakoś zdołałam go przetrwać i tyle. Podobnie przeżyłam 

Rok 2003
a także...

Rok 2004
Więc dla osłody ujawnię Wam mój słodki młodzieńczy majestat.





I dopiero gdy nadszedł

Rok 2005
 zaczęło się coś dziać. We wrześniu moje oczy pierwszy raz ujrzały polskie morze. Kołobrzeg jest piękny. 
Mogę się mylić, ale prawdopodobnie to wtedy pożegnałam się też z moimi migdałkami (informacja jakże wartościowa).

Rok 2006
Tu to dopiero się działo! Oliwka pierwszy raz w swoim ukochanym Krakowie, Oliwka zaczynająca edukację przedszkolną (swoją drogą dobrze, że byłam tam tylko rok, bo to miejsce zdecydowanie nie było dla mnie). 
EDIT: te migdałki to chyba raczej tu.
/ładny był ze mnie chłopczyk czasem.





Rok 2007
Po przedszkolu czas na podstawówkę, którą wspominam raczej dobrze.Początki były trudne, zwłaszcza przez pewnego jegomościa (który btw jest ze mną w każdej klasie, począwszy od podstawówki, poprzez gimnazjum, na liceum skończywszy). To także mniej więcej ten moment, kiedy moi rodziciele mówią sobie pa-pa (czytaj: rozwodzą się), a ja na (prawie) stałe przeprowadzam się na Śląsk, a konkretnie na jeszcze większe zadupowice niż moje rodzinne miasto. Mniej więcej tutaj zaczęłam poznawać (nieświadomie rzecz jasna) moją pierwszą idolkę: Lady Gagę.

Rok 2008
Ukończyłam bez problemu 2 klasę, po raz drugi odwiedziłam Kołobrzeg, a moją lalkową kolekcję (na którą składały się dotychczas lalki no-name) zaczęły zasilać moje ukochane księżniczki Disney'a (pierwszy/a był/a Kopciuszek, ale największą miłością od zawsze darzę Arielkę i Mulan).




Rok 2009
Ostatni rok w klasie "młodszej", Pierwsza Komunia Św... Tylko tyle, albo aż tyle.

Rok 2010
4 klasa, pora wskoczyć na wyższy level. Tak jak w 2008 szalałam za księżniczkami, tak tu (a może trochę wcześniej) zaczął mi się szał na Barbie, również dopadłam kilka w swoje szpony. Prawdopodobnie to wtedy miała początek moja miłość do Harry'ego Pottera, która nieprzerwanie trwa po dziś dzień. No i założyłam Stardolla, na którym siedzę już 8 lat (nie wiem co mnie tam tak długo trzyma).


(moja obecna bohaterka)

Rok 2011
Pamiętam, że wtedy obchodziłam jedne z najlepszych (jak nie najlepsze) urodzin w życiu. To tu zaczęła się moja przygoda z Monster High. Draculaura Basic miała być częścią moich najlepszych urodzin, jednak sprawy potoczyły się własnym torem i swoją pierwszą Monsterkę znalazłam pod choinką, a była to Lagoona z serii Classroom (dorwana w lokalnym sklepiku za 30 zł, gdzie te same lalki rok później kosztowały tam nie mniej niż 100 zł). Na dzień dzisiejszy moja kolekcja liczy 26 upiorek (i upiorów).



  

Rok 2012
Pamiętacie ten pamiętny koniec świata? Mnie miał on dopaść po Wigilii Klasowej (prawdopodobnie z przejedzenia). W 2012 pożegnałam się ze swoją podstawówką i ulubionymi nauczycielami (dalej tęsknię za panią z historii). Końcówka 2012 to także czas, o którym wolałabym nie pamiętać i na moje szczęście temat leży pogrzebany gdzieś na dnie mojej mózgownicy, ale to wtedy mniej więcej przez rok męczyłam się z czymś, co nigdy nie zostało nawet udokumentowane, ale porównałabym to do swoistej nerwicy natręctw. Przyszło znikąd i w równie niewyjaśnionych okolicznościach mniej więcej po roku zniknęło. Teraz cierpię tylko na chorobę artystów, zwaną perfekcjonizmem. O dziwo zaczęłam wtedy działać w sieci, tj, założyłam swojego pierwszego bloga (kochany Pinger). Przysięgałam sobie, że nigdy go nie usunę, wiecie - pamiątka, ale tak jakoś wyszło, że rok temu, ni z tego, ni z owego zdecydowałam się go skasować, pozbawiając się tym samym źródła całej masy śmiesznych wpisów. Mówi się trudno.
Wtedy też zaczęłam nosić okularki, do których tak się przyzwyczaiłam, że czuję się bez nich pusta jak wnętrze papryki.

Rok 2013
Zaczynamy gimnazjum (wylęgarnia idiotów, jak to zwykłam mówić), czyli krótko mówiąc zdecydowanie najgorszy okres w całej mojej edukacji. Ze wszystkiego o dziwo najlepiej wspominam tylko nauczycieli (nie wszystkich rzecz jasna). Co się nasłuchałam i przeżyłam to moje, a odreagowywałam na papierze z pomocą kredek, konkretniej projektując. I coś czuję, że to jednak nie było to. Ale przynajmniej mamy się teraz z czego pośmiać, nie ma tego złego.







Rok 2014
Przełom. Na nic takiego się nie zapowiadało, a tu bum. 10 miesięcy minęło bez większego wow, nadszedł listopad. Lubowałam się w tym okresie w przypadkowych fejsbukowych znajomościach, których szansa przetrwania wynosiła 1% (mniej więcej tyle co szanse na to, że kiedykolwiek zrozumiem matematykę). W tym 1 procencie znalazła się pewna osoba, za którą codziennie dziękuję Bogu (WIDZĘ JAK SIĘ TERAZ UŚMIECHA). Nie chcę teraz wypaść jak te wszystkie Grażynki (bez urazy dla wszystkich Grażyn, wybacz mamo) publikujące monologi w stylu "kocham cię kochanie moje, moją miłość wsadzę w słoje" (ależ ze mnie poetka), ale nie wiecie jaka jestem szczęśliwa mając swojego męża (bo mówimy o mężu jakby ktoś jeszcze nie wiedział). Kogoś, kto potrafi sprawić, że potrafię się śmiać z największego gówna (za przeproszeniem) w którym w danym momencie się znajduję, kogoś dla kogo mam żyć. No i kogoś, kto zawsze czyta moje wszystkie wypociny i skrupulatnie wyłapuje wszelkie błędy (CIEKAWE ILE UDA CI SIĘ WYŁAPAĆ ICH TUTAJ). Zrobiło się ckliwie, ale to najważniejsza część całego tego wpisu, więc czemu nie. A. Kocham Cię kochanie moje.

Rok 2015
Tutaj po raz pierwszy zagościłam w stolicy. Zaczęła się też moja przygoda z kulturą Kraju Kwitnącej Wiśni (z naciskiem na mangi i mniejszym na anime). W Warszawce upolowałam swoją pierwszą mangę: Alicję w Krainie Serc. Miłość do Alicji zobowiązuje. Aktualnie szaleję za Kuroshitsuji, czytuję też yaoi. I na dzień dzisiejszy moja kolekcja to 19 mang i 2 light novel.
No i żegnamy gimnazjum, Bogu niech będą dzięki. A do moich idolek dołączyła Kyary Pamyu Pamyu.







Rok 2016
Liceum. Klasa humanistyczno-medialna. Dobra, zwykły human, z rozszerzonym polskim, WOS-em i historią. Bądź co bądź najlepszy etap mojej edukacji. W końcu dane mi jest spędzać te kilkanaście godzin w tygodniu z osobami względnie znośnymi (nawet nie wiecie jakie było moje zdziwienie, gdy ludzie z sami z siebie do mnie zagadywali, a jeszcze większe gdy ktoś mnie słuchał). W 2016 ponownie odwiedziłam stolicę, a także rozpoczęłam swoją przygodę z Ever After High (chwała Pepco za te promocje, zawsze kochałam ten sklep). Tak oto jako pierwsza zagościła u mnie Cerise Basic - jedno z moich większych lalkowych marzeń. Potem dołączyły do niej kolejne 3 lalki i na dzień dzisiejszy kolekcja liczy 4 bohaterów. W tym roku trójcę świętą moich idolek dopełniła Melanie Martinez.




Rok 2017
Dobijamy do końca. Rok z mniej lub bardziej ogólnych powodów był naprawdę udany. Nie będę zanudzać pojedynczymi przykładami, ale to był naprawdę dobry rok. Byłam kolejny raz w Krakowie chociażby.





Rok 2018
No, dobrnęliśmy. Gratulacje dla Was. Nie wiem czy poza niedawną śmiercią dziadka zdarzyło się coś, co było jakoś specjalnie przełomowe lub niosło za sobą daleko idące skutki, Wydaje mi się, że nie. Wydaje mi się również, że to dobry moment na podsumowanie całości moich dzisiejszych wypocin.
(I ZAPREZENTOWANIE MOJEGO MAJESTATU OBECNIE)



Czego mogłabym sobie życzyć? Z pewnością zdrowia, bo bez niego na tym padole długo nie pożyję. Żebym jak najrzadziej gościła w gabinetach stomatologicznych i miała możliwie ograniczony kontakt z okulistami. Tego mojego szczęścia, którego doświadczam już całe 18 lat (z drobnymi wyjątkami, uwzględniając chociażby te pechowe podróże autobusami w nieznane). Aby moje poczucie humoru nieustannie utrzymywało się na najwyższym poziomie, żebym była staruszką z bananem na twarzy, która potrafi śmiać się ze wszystkiego, a już najbardziej z samej siebie. Spełnienia wszyyystkich moich marzeń, tych dużych i tych nieco mniejszych też. No i nieustannej miłości mojego mężusia.
Myślę, że obecnie jestem najlepszą wersją siebie i życzyłabym sobie nigdy się nie zmieniać (a przynajmniej nie na gorsze).

Ten wpis wydaje mi się mocno okrojony i niedopracowany. W zamyśle nie uwzględniłam swojego pierwszego słowa, ani dnia w którym nauczyłam się śmigać na rowerze (chociaż to był bardzo rozległy proces), ale wiecie. Gdy myślałam nad tym wszystkim jeszcze przed wakacjami widziałam to nieco inaczej. Wyszło jak wyszło, grunt, że mam pamiątkę.
Trzymajcie się cieplutko i do napisania! ♥

środa, 10 sierpnia 2016

Witajcie w naszej bajce!

Cześć!

      No, przyznawać się, kto zanucił tytuł? Wpadł mi do głowy zupełnie znikąd ;-;
Na początku miałam zamysł, by wpis pojawił się w niedzielę, później pojawiła się myśl, aby połączyć niniejszy z nadchodzącym. Koniec końców postanowiłam jednak się zmobilizować, bo znając mnie, nie wiadomo kiedy znów przyjdzie mi taka ochota. No i może przynajmniej podskoczy mi nieco oglądalność hehe :v
       Jak już wspominałam w poprzednim wpisie, do mojej lalkowej kolekcji dołączyły dwie nowe panienki... I to zupełnie z innej beczki, że tak powiem... Kto kojarzy mnie spoza Bloggera, ten już od razu powinien mieć przed oczami te dwie urocze buźki.
        19 lipca w moich skromnych progach, po 11 miesiącach (!!) lalkowego deficytu zagościła...






























Pani kapturkowa!
Minęło sporo czasu zanim obiła mi się o uszy informacja, jakoby że w Pepco sprzedają Everki w cenie 39.99 zł. I to żadne tam reedycje! Pierwsze wydanka proszę państwa! Cena zapewne taka niska, bo ktoś nie będący rasowym poliglotą raczej mało dowie się z tekstowej formy przekazu, czy to na pudełku, czy w zapiskach pamiętnika. Wersje, które zagościły na polskich półkach są bodajże w hiszpańskiej wersji językowej. O ironio! Osobiście nie zwracam na to większej uwagi, najbardziej rzecz jasna skupiam się na samej lalce (tu na szczęście technika nie wprowadziła jeszcze ograniczeń językowych), ale dla kolekcjonerów, czy innych takich (nie potrafiłam wymyślić nic lepszego ;-;) może okazać się to frustrujące.

     Kilka dodatkowych zdjęć (odbijam sobie, bo kolejnej pani poświęciłam tylko 2 zdjęcia, ale o tym za chwilę):








Cerise była moim marzeniem od samego początku. W snach bym nie pomyślała, że to od niej zacznę swoją przygodę z EAH! Kiedyś miałam możliwość kupna Blondie (również z Basic'a), ale sukienka okazała się bardziej kusząca ;-; I tak jakoś przez parę lat okazja ta się nie powtórzyła.
Co do mojego modelu (czy może raczej modelki?): miałam pewne obawy, tyle to się naczytałam o tłustych włosach, poplamionych kapturkach, jednak gdy wparowałam do Pepco ani na moment nie wzbraniałam się przed kupnem :D Heloł, to w końcu mój ideał, a ja sobie poradzę z każdym lalkowym trupkiem, tak? W domu lalkę odpakowałam i ogromna radość zmieszała się z lekkim rozczarowaniem. Wiecie, radość pokroju "ach, w końcu mogę wymacać nową lalkę, i to jeszcze taką ładniutką".



Rozczarowanie pojawiło się w momencie oderwania ostatniej żyłki łączącej kartonik i lalkę. W tej całej euforii zapomniało mi się o przetłuszczonych kapturkach, hełmach  zamiast włosów, jednak po dokładnym zbadaniu lalki mogłam ujrzeć te okropności na własne oczy. Przynajmniej jeśli chodzi o plamy na kapturku.



Podobno schodzą z pomocą terpentyny, jednak cokolwiek by to nie było, kojarzę to jedynie z jakiegoś wiersza XD Nie wiem gdzie taki specyfik można nabyć, ale na razie sobie odpuszczę. Od zawsze wychodzę z założenia, że nie warto aż tak bardzo przejmować się tym, co dzieje się za nami, aniżeli przed (no po co zwracać uwagę na wielkość tyłka, skoro i tak zazwyczaj nie musimy go oglądać?).
Co do włosów: tu się nieco uspokoiłam, bo myślałam, że będzie dużo gorzej. Klej właściwie opanował tylko górną płaszczyznę, a nie spłynął wraz z całą długością. Włoski są mięciutkie, sypkie, myślę, że jedna partia mączenia i wszystko powinno być w porządku.

     Tym oto sposobem przechodzimy do kolejnej panienki. 2 sierpnia pojechałam już z konkretnym zamiarem upolowania kolejnej lalki, tym razem na swoje urodziny (w niedzielę stuknęło mi 16 wiosen). Tak jak ostatnim razem powitało mnie kilka Cerise, Cupid i po jednej Raven i Madelie, tak teraz moim oczom ukazała się potężna plaga Cupid, po przegrzebaniu wyłowiłam jeszcze ostatnią Ravenkę. Na moje szczęście, bo postanowiłam, że sprezentuję sobie właśnie kupidynkę. Mimo wszystko byłam trochę rozczarowana, myślałam, że Pepco rzuci czymś nowym, ale podejrzewam, że sypnęli wyłącznie Rebelsami, w dodatku niektórymi. Miałam cichutką nadzieję na dorwanie Apple, Blondie, Cedar... Mówi się trudno. Po długim wybieraniu spośród wszystkich ("takich samych" zdaniem mojej mamy) lalek Chariclo wybrałam wreszcie tę najbardziej "ogarniętą" i tak  oto stałam się posiadaczką kolejnej Everki. 




Liczyłam się, że jej włosy będą wymagały gruntownej odbudowy, byłam przygotowana na bój ze słomkami i kręcenie loków, ale gdy zobaczyłam to, ogarnęła mnie czarna rozpacz...


 To jest dopiero (a raczej było) siedlisko klejoglutu! Pierwszy raz w życiu czułam obrzydzenie dotykając włosów. Dłonie całe lepkie w kleju. Szczęście, że w sobotę zaopatrzyłam się w talk i mogłam zacząć eksperymentować. Śmieszne, ale gdy kupowałam go w Rossmanie pani kasjerka spytała się, czy posiadam Kartę Rossnę. Być może pomyślała, że jestem jakąś młodocianą mamą XD Uchowaj Boże...
 Do tej pory klej usuwałam (czy może raczej "próbowałam usunąć") mąką ziemniaczaną, ale porównując, talk radzi sobie dużo lepiej. Cały proces odbywa się dużo sprawniej i szybciej. No i efekty są widoczne gołym okiem już po pierwszej rundce. Aktualnie panna Cupid jest już oczyszczona z kleju, a jej włosy są w trakcie lokowania-oby efekt mnie zadowolił, bo nie ręczę za siebie.

   Dziewczyny posiadały identyczne stojaki:




Zapomniałam cyknąć fotki szczotce i innym pierdółkom, ale to się kiedyś odbije.
No, to chyba wszystko, czym chciałam Was dzisiaj pomęczyć. Wybaczcie jakość niektórych zdjęć, nie wiem, czy jest to widoczne, ale robione były w różnych odstępach czasowych, czasami byłam skazana tylko na mój telefon.
 Kolejny wpis pojawi się, gdy obie panienki skończą swój turnus w spa i będą mogły olśniewać nowym wyglądem. Oby to nastąpiło jak najprędzej!


Zapraszam jeszcze na mojego Instagrama i Ask'a
Do napisania!