środa, 21 marca 2018

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej

Powroty bywają trudne, ale z pewnością nie ma nic przyjemniejszego od powrotu na stare, dobre śmieci.
Witam Was po... Matko jedyna. 9 miesięcy. Cała ciąża, ogarniacie? Nie no, nie spodziewałam się, że aż tak zapuszczę ten mój wirtualny pamiętnik. I to w jakim momencie? Pamiętam ile to razy zarzekałam się, że z dobrym aparatem to bym dopiero podbiła internety. "Będę mieć idealnego Instagrama, a posty na blogu będą co tydzień".
 Kiedy w końcu w październiku wpadł mi w łapki upragniony nowy telefon możecie się tylko domyślić jak w praktyce wyglądały moje wizje. Niby coś tam sobie pstrykałam od czasu do czasu, ale nijakie to było jak niedzielny rosół (takie porównania tylko u mnie). 
Do tego wszystkiego doszła szkoła, choć na chwilę obecną nie ma tragedii. Ale wiecie-Lalka sama się nie przeczyta (ten tytuł to zbrodnia, czyż nie?), równania same się nie rozwiążą, a Średniowiecze samo nie przypomni (w sumie może to i lepiej).
Nie chcę chwalić dnia przed zachodem słońca, ale całą zimę przeżyłam praktycznie bez żadnych paskudnych chorób. Ostatnio jednak połknęłam innego bakcyla. Artystycznego. Brzmi górnolotnie, a ja tylko pisuję sobie każdego dnia kawałeczek mojego bestsellera. Cofnęłam się też do czasów podstawówki: wyciągnęłam farbki, wzięłam w dłoń pędzelek i zaczęłam ciapkać. Picasso ze mnie żaden, ale frajda nieziemska. 
Zaczęłam też myśleć nad powrotem tutaj. Bo czemu by nie. Dać sobie drugą szansę, przeprosić się z lalkami i wznowić coś, co kiedyś tak bezsensownie skończyłam. Przeglądałam dużo profili koleżanek i kolegów "po fachu" i pozazdrościłam. Bo wiecie, pisanie, fotografowanie (choćby i dla siebie) to naprawdę niezła frajda. A skoro oni się dobrze bawią, dlaczego ja miałabym nie? Z czegoś takiego się nie wyrasta, można gnuśnieć w pewnej niemocy, ale wystarczy drobny impuls, iskierka i bum! We mnie macie przykład.
Idąc za ciosem zrobiłam coś, nad czym również od dawna dumałam. Ten blog potrzebował odmiany. Tak bardzo podoba mi się po tej metamorfozie, że wchodzę na niego ze zdwojoną przyjemnością. Mam nadzieję, że podzielacie mój zachwyt, ewentualne sugestie są oczywiście mile widziane. 
Nie będę sobie obiecywać, że będę systematycznie coś wstawiać, regularnie dawać jakiekolwiek znaki życia, bo to nie dla mnie. Wiem jednak, że drzwi do mojego domu są zawsze otwarte.

Bywajcie!






















piątek, 1 września 2017

Co dwie syreny, to nie jedna!

Witam!
Kiedy opamiętanie nawiedza Cię na 3 dni przed rozpoczęciem kolejnych 10 miesięcy katorgi. Idealnie to wszystko wyważone, nieprawdaż? Grunt to pozytywne myślenie, dlatego teraz oczyszczamy głowy ze wszystkich przygnębiających realiów i na chwilę odrywamy się od rzeczywistości. 

Ten wpis postanowiłam poświęcić syjamskim bliźniaczkom z morskich głębin.

Panny przybyły do mnie już jakiś czas temu, bo bodajże na początku czerwca. Z racji ich specyficznej budowy zawsze mam problem, czy liczyć je jako jedną całość, czy dwie osobne lalki. I tak nie wiem, czy moja kolekcja MH liczy 26 okazów, czy może 27. Jak myślicie? 
Nigdy specjalnie do nich nie wzdychałam i kiedy zrządzenie losu sprawiło, że dostałam je w swoje szpony, nie byłam pewna czy się polubimy. Dziewczyny kilka dni dojrzewały w pudełku (co w sumie jest już u mnie normą), a gdy wydostałam je na zewnątrz bez większych uczuć zabrałam się za poprawianie tego, czego Mattel i spółka nie dopatrzył. 

Nie jest to jeszcze efekt, który by mnie satysfakcjonował, te włosy aż proszą się o loki. No i klejoglut! Dramatu nie ma, ale moja natura perfekcjonistki nie uznaje wyjątków. Z doświadczenia jednak wiem, że zajmę się tym wszystkim w bardzo odległej przyszłości. Ot, problemy ludzi zapracowanych.




Prawdziwa miłość do syrenek pojawiła się dopiero podczas robienia tychże fotek (czytaj: dwa tygodnie temu). Chyba bardziej przypadła mi do gustu Peri (granatowe włosy), ale jej siostrzyczka (Pearl, nie łudźcie się, że rozróżniam która jest która/EDIT: ogarnęłam już jak szybko mogę je zidentyfikować, brawa dla mojego zapłonu) też jest ładna. Naprawdę świetne z nich modelki.



Ten natłok różnych dupereli bardzo mnie boli. Niżej zobaczycie, że pozbawione tych wszystkich świecidełek i ogołocone z tej pstrokatej szmatki, prezentują się o niebo lepiej.


Teraz zajmiemy się najciekawszym. Po co komu nogi? Ogon-to jest to! Pomyślcie tylko: zero dylematów w obuwniczym, koniec ze wstawaniem lewą nogą... 
Wracając do naszego ogonka: uwielbiam go. Jeśli patrzeć pod kątem stojaka-wnoszę o zaopatrzenie w taki atrybut wszystkich lalek. Nie można mu odmówić stabilności, a przyznacie, że prezentuje się sto razy lepiej, niż jakiś patyk z podstawką.


Fioletowe ozdóbki są wyjmowane, jednak tu pasują mi idealnie. Niczym ketchup do frytek.
Warto wspomnieć, że płetwy (płetwy na ogonie?) mają świecić w ciemności. MAJĄ. Czy kogoś dziwi, że tego nie sprawdziłam?








Ogon dzięki Bogu nie powstał z jednolitego odlewu i zyskał kilka ruchomych miejsc. Szpagatu nie wykonamy, ale przyznacie, że lepsze to, niż nic.






Mówiłam, że roznegliżowane (jakikolwiek to ma wydźwięk) prezentują się fantastycznie? 


Na chwilę zatrzymajmy się w tym temacie. Dziewczyny miałyby mały problem, gdyby chciały sobie dać buziaka. Przyjacielskiego rzecz jasna.






A to zdjęcie jest zdecydowanie moim ulubionym. Od razu widzi mi się tu jakiś występ i nasze panie odbierające zasłużone laury.




Z morskich zakrapianych nutą sztuki wyłaniamy się na suchy ląd i powracamy do szarej codzienności. Pamiętajcie-grunt to nastawienie!

Zachęcam Was jeszcze do przesłuchania moich Nightcore'owych przeróbek. Najnowszą podrzucam tutaj:


Miłego dnia i do napisania!

piątek, 18 sierpnia 2017

Artystycznej blokadzie już dziękujemy.

Dzieeeń dobry!
Mało brakowało, a stuknąłby 3 miesiąc mojej blogowej abstynencji. Nieźle, prawda? 
"W wakacje będę mieć sporo czasu, nadrobię wszystkie zaległości, zrobię wszystko to, na co nie miałam czasu przez tą cholerną szkołę"... Dobre sobie. Jedyne co pożytecznego zrobiłam w te wakacje to przeczytanie sporej ilości mang i książek (i to bynajmniej lektur szkolnych, do których czytania tak się paliłam w czerwcu). Także spokojnie, zaniedbałam nie tylko bloga. 
A co mam na swoją obronę? Oczywiście tylko w kwestii bloga, inne pozwolicie, że pominę, nie będę się pogrążać w swoim lenistwie. Wracając. 
Nie dawała mi spokoju myśl, że zabierając się do pisania poprzestanę na "Dzień dobry" i "Do widzenia" Od "Dzień dobry" troszkę jeszcze wykrzesałam, więc nie ma tak źle. Braku weny, dziękujemy, do widzenia. 
Co tam jeszcze u mnie? Niedawno, bo 10 dni temu, 7 sierpnia wybiło mi 17 wiosenek. Starość nie radość, jak to mówią. Narzekam na brak weny i ochoty na cokolwiek, a może po prostu jedną nogą jestem już po tamtej stronie? ŻARTUJĘ OCZYWIŚCIE. 
Wczoraj się opamiętałam i w kilka godzin trzasnęłam około 400 fotek, także kilka wpisów będzie na bank. Pewnie już nie umiecie usiedzieć na miejscu, ale spokojnie kochani, wszystko w swoim czasie.
To chyba wszystko, co chcę Wam na ten moment przekazać. Swoją drogą, to dobrze, że się odezwałam, teraz przynajmniej wiem, że pisemny słowotok uaktywnia się u mnie "na gorąco", a w mojej głowie ostatnimi czasy zrodziło się kilka pomysłów na własna powieść, więc nie będę już miała żadnych oporów przed jej tworzeniem. A tym bardziej wymówek. 


Cóż to byłby za wpis bez zdjęć.
Dzisiaj zaprezentuje się tu panna, która znacząco różni się od pokazywanych tu do tej pory. Różni się ona również tym, że przeszła bądź co bądź, sporą ingerencję we własny wizerunek. Tak, ta świetna fryzurka to moje dzieło ^^ Zupełnie spontaniczne na dodatek, co czyni ją jeszcze bardziej wyjątkową. 
Życzę przyjemnego odbioru i do napisania! 














Mały bonus, w postaci mojej małej armii, która żyje i ma się dobrze, mimo iż dzieli los sardynek w puszce.