czwartek, 28 czerwca 2018

Wielka pani fotograf

Dzień dobry!

Za oknem armagedon, który dokucza już od kilku dni, w domu zasmarkana ja - idealny moment, żeby coś szrajbnąć, czyż nie?
Zapewne zdążyliście porządnie się za mną stęsknić, a więc oto jestem. Tak to jest - zrobisz sobie maleńkie odstępstwo od swojego planu, i momentalnie wszystko leci na łeb na szyję, a całą koncepcję trafia szlag. 
Przerwa ta była jednak konieczna, by bez większych ceregieli ukończyć 2 klasę mojego elitarnego liceum pod patronatem mojego ukochanego wieszcza (KC Mickiewicz). Opuściłam szkolne mury ze średnią 4,33 (w liceum stawiam na paski na spodniach, najważniejsze, że podciągnęłam matmę na 4).
Te dwa miesiące zlecą pewnie jak dwa dni, ale przymknijmy na to oko. W drugim miesiącu stanę się pełnoprawną obywatelką naszego pięknego kraju nad Wisłą (czytaj: będę mieć 18 wiosen na karku). Potem wystarczy tylko odliczać do matury i końca mojej egzystencji (zwłaszcza gdy na wypracowaniu pojawią się Dziady czy inne baby). Jeśliby jednak zdarzył się cud i przeżyję całą tę maturalną katorgę, to wartałoby pomyśleć o swojej przyszłosci. Wiecie, studia, praca, koty i takie tam. I wiecie co? Już zaczęłam! Szok, bo w moim rozumieniu myślenie o przyszłości to wybieganie w kolejny dzień, jutrzejszy obiad, a nie rozmyślanie o kształcie trumny. Rozumiecie, prawda?
Tak czy inaczej, obok dziennikarstwa, które zawsze było moją odpowiedzią na "co po liceum?" (co nie znaczy, że porzucę pisanie i nie wydam swojej książki, ewentualnie dwóch) stoi od niedawna fotografia. Cykanie fotek jest nieodzownym elementem mojego życia praktycznie od zawsze (te niezapomniane sesje składające się z 8938748 tych samych zdjęć 12-letniej mnie), a ja wpadam na takie rozwiązanie dopiero teraz, brawo. Pomysł ten spotyka się zarówno z aprobatą, jak i potępieniem, ale to tylko w wypadku osób, które nie poznały się zbytnio na moim talencie (te sesje z ery "Million the same" były naprawdę epickie).
Zaczęłam latać więc po wsi i pstrykać zdjęcia wszystkiemu. To już jakaś mania, gdy idziesz ulicą i co dwa kroki stwierdzasz, że musisz koniecznie zrobić zdjęcie. Koniec końców z 1000 zdjęć zostaje tylko 20. A potem cyk do portfolio, bo nigdy nie wiadomo kiedy trafi na mnie jakiś łowca talentów. 

Pozwólcie, że podzielę się z Wami tymi najlepszymi z najlepszych (w moim mniemaniu):
















Wiadomo, że nie jest to żadna profeska (kiedy zobaczyłam o jakie rzeczy można się przyczepiać, to aż mi się kłaki zjeżyły), ale fotografia daje mi masę frajdy, a to najważniejsze. Najwyżej spędzę życie w budce dróżniczej i będę fotografować pociągi.

Nie byłabym sobą, a wpis byłby jakiś niedokończony, gdyby nie pojawiły tu moje podopieczne. Na dzisiaj wygrzebałam z czeluści mojego laptopa zdjęcia wampirki. 
Życzę Wam udanych i bezpiecznych wakacji, mam ogromną nadzieję, ze zawitam tu ponownie szybciej niż po miesiącu.










wtorek, 1 maja 2018

Exitus Letalis, czyli psychologia zamknięta w rysunkach i dymkach

No hejka. Jak Wam żywot mija?
Wpadłam sobie tu dzisiaj z zamiarem napisania dość obszernej notki (skoro obszernej, to raczej noty) i zauważyłam, że Google idzie z duchem czasu i menu Bloggera przestawiło się na język angielski. Dla mnie to w sumie jak zmiana na chiński. Trochę wstyd, no ale co zrobisz jak nic nie zrobisz. Google pewnie wcale nie jest przeciwko mnie i dba o moją edukację. To pewnie znak, że czas się zacząć uczyć. (EDIT: JUŻ SIĘ NAPRAWIŁO)
Dzisiaj właśnie pozbyłam się ostatniego strupka i pożegnałam się z jęczmieniem. Oczko już zdrowe (choć dalej jestem ślepa jak kret).

Nevermind
Ciągle nawiązuję do mojego biadolenia, że chciałabym pisać dużo, dużo, a przede wszystkim dużo. 
Dzięki chwili majówkowego wytchnienia miałam szansę przeczytać coś innego, niż ostatnie 3 lekcje lub "Wesele". Nic nie mam do tych klasyków, w sumie to nawet je lubię, ale sami wiecie.
Dzisiaj weźmiemy pod lupę wspomnianą w tytule serię Exitus Letalis, autorstwa naszej rodaczki Michaliny Daszuty, znanej w fandomie pod pseudonimem KATTLETT. Jak pewnie wywnioskowaliście z drugiej części tytułu, rozwodzić się będziemy nad mangą. Mądre z Was bestie.

Na początek czysto technicznie.



Swoją drogą, to jedyna manga w mojej skromnej kolekcji, którą udało mi się skompletować w całości.






Niewątpliwym plusem są okładki. Chyba najbardziej podoba mi się ta z tomu 2. No i rozmiar. Są ciut większe niż typowe mangi, w moim odczuciu czyta się je lepiej.


Na załączonym obrazku widzicie cenę (standardowa, jak w większości mang) i magiczny znaczek +18. Zakazany owoc pewnie skusi niewyżytych, bo nagości, "mięsa" i innych podtekstów jest tutaj co niemiara.




W sumie nie wiem czemu, ale widać, że komiks (faktycznie czyta się go jak zwykły komiks, a nie jakieś wygibasy od prawej do lewej, i to od końca) pochodzi z kraju nad Wisłą. Wiem jak to zabrzmiało, ale kreska naprawdę mi się podoba. 




Czasem zostaniemy uraczeni tłem-zdjęciem, co w moim mniemaniu wypada nieco gorzej, a momentami nawet tandetnie. Ale komu by się chciało dziubdziać całą Wieżę Eiffla.



Autorka zdaje sobie sprawę, że nie każdy pasjonuje się psychologią (ona sama też nie-o ironio), dlatego zostawia dla naszej dyspozycji pokaźny zasób przypisów.


Ja sama chyba najbardziej polubiłam tych dwóch panów, podobnie zresztą jak główna bohaterka...




A teraz trochę o samej treści.

Daszuta osadziła akcję w Norwegii, konkretnie na peryferiach Fla (to niedaleko stolicy, przygotowałam się). Główną bohaterkę uczyniła młodziutką panią psycholog (która tak naprawdę żadną psycholog nie jest, ba, nie ma nawet matury, ale o tym później). Na dokładkę zaserwowała nam 6 przystojnych kombatantów II wojny światowej. Chwila. Kombatanci? Przystojni? Kattlett trochę pokombinowała i ze stetryczałych seniorów uczyniła młodzieniaszków, dla których czas zatrzymał się w 1953 roku. Na domiar wszystkiego każdy z nich boryka się z jakąś chorobą o podłożu neurologiczno-psychicznym. I tak oto dostajemy m.in. seksoholika, schizofrenika, pana zmagającego się z HSAN (nie, nie rośnie mu chrzan zamiast głowy, po prostu nie czuje bólu) i pana 3 w 1 (DID, osobowość wieloraka). Uf, trochę sporo tego, prawda?
Podsumowując: 6 nieśmiertelnych wariatów i pani psycholog, która ową zagadkę nieśmiertelności ma rozwiązać. Powiedzcie, że czegoś Wam tu brakuje. No pewnie! Główna bohaterka wcale nie jest taka zdrowa na jaką wygląda (pomijam narkolepsję, na którą cierpi od początku akcji). Nasza psycholog jest psychologiem tylko dlatego, że sobie to wmówiła. Mitomania i autosugestia, mówi Wam to coś?


Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że te 5 tomów jest nie do przebrnięcia (tutaj ślę pozdrowienia w kierunku osoby, która zatrzymała się na 3). Idealnie pasuje tu twierdzenie, że im dalej w las, tym więcej gó... Liści. Tak, chodziło mi o liście. Nie no, teraz poważnie. Czytelnik, zwłaszcza podczas lektury dalszych tomów sam dostaje jakiejś nerwicy. Sama nie jestem już pewna co było prawdą, a co owocem mitomanii. Momentami kompletnie nie rozumiałam co się tak właściwie na tych kartach wyrabia. Akcja chwilami jest chaotyczna i... dziwna. Ogarnijcie, Eva (główna bohaterka) najpierw zwierza się jednemu panu z tego, że była molestowana, a za chwilkę idzie z drugim na romantyczny spacerek. Ale spokojnie, nawet to jest do przełknięcia.
Z każdym kolejnym tomem jest dziwniej i dziwniej, ale hej-im dziwniej, tym lepiej. Ostatnia część wciągnęła mnie bardziej, niż potwór z bagien. Tak bardzo, że gdy dobrnęłam do końca, to się popłakałam (co w sumie nie jest dziwne, bo raczej nie ma zakończeń, na których bym nie uroniła przynajmniej jednej łezki). Nie będę Wam tu niczego zdradzać, zresztą trzeba by się wgryźć w całość, żeby owy finał zrozumieć. Plusik dla Kattlett, że za nic w świecie nie spodziewałabym się czegoś takiego. Minusik za to, że nie jestem raczej fanką zakończeń otwartych, chociaż niewątpliwie takowe zostawiło mnie z większą ilością refleksji, aniżeli zrobiłoby to zakończenie klasyczne.


Summa summarum, mangę polecam całym sercem. Radzę nastawić się na chwilową chaotyczność, dużą dawkę psychologii, ale przede wszystkim na ciekawą opowiastkę, przy której można się zarówno uśmiechnąć, jak i popłakać.
Czytałam ostatnio, że Kattlett rozważa w dalekiej przyszłości wydanie sequelu. W tym przypadku będę czekać na ten odgrzewany kotlet z utęsknieniem, nawet jako wegetarianka na pół etatu.


piątek, 20 kwietnia 2018

Żyję i mam się (nie)dobrze

Czołem!
Dzisiaj przeszłam samą siebie. Tam w dole czekają na Was 4 zdjęcia (wygrzebane z komputerowej otchłani). Szalona Oliwka.
Ogarnęłam, że zaczynam wyłamywać się z systematycznych wizyt tutaj, więc postanowiłam dać jakiś znak życia. Pisanie tu postrzegam ostatnimi czasy jako swojego rodzaju pracę, obowiązek, ale obowiązek z grupy tych przyjemniejszych, które wykonuje się z bananem na twarzy.
Co mnie tak zmogło, zapytacie. Niedługo już będzie tydzień jak męczę się z jęczmieniem czy innym żytem pod okiem. Nic przyjemnego, serio. Człowiek chodzi z żółtym sińcem pod okiem (to jakiś gratis do tego jęczmienia), ludzie gotowi jeszcze pomyśleć, że jestem ofiarą jakiejś przemocy domowej (mała dygresja do czasów przedszkolnych, kiedy to pani postanowiła interweniować, gdy zobaczyła siniaka nabitego klockiem podczas zabawy z kolegą, a podejrzewała Bóg wie co). 
Aż cud, że udało mi się w tym tygodniu przeżyć te wszystkie sprawdziany, a nawet napisać pracę na konkurs (trzymanie kciuków jest wskazane, ale wyniki dopiero ostatniego dnia maja, więc mogą Wam się porobić odciski, nie chcę mieć na sumieniu Waszych paluchów).
Wystarczy przeżyć jeszcze jeden tydzień i cieszyć się tą chwilką wytchnienia w czasie maturalnego szału, który notabene dosięgnie mnie w przyszłym roku. Ale kto by się tam tym teraz przejmował. Co z tego, że Tadeuszek przeczytany tylko do drugiej księgi.

Chyba już wypociłam, co miałam wypocić; mam nadzieję, że niebawem wrócę tu z czymś ambitniejszym niż dzisiejsza paplanina o zbożach.
3-majcie się!